Zrób tak jak kobieta …

… ta z okładki, co każdego może mieć.

Czy wszystkie marzymy o tym, żeby czuć się bosko?
Albo może drapieżnie?
Albo niezależnie?
Czy my w ogóle wiemy o co nam chodzi?
Dziś miałam ciekawą dyskusję z podopieczną. W sumie wnioski dość oczywiste – jaki koń jest każdy widzi. A koń jest ładny, nawet bardzo.

Świat kupuje piękno, piękno może być nawet plastikowe i tak się sprzeda, byle było PIĘKNEM.
I w tym obrazku, milionach obrazków, w tych maślanych oczach wpatrzonych w oczy ozdobione sztuczną rzęsą (nie ma co ściemniać, zajebiście dobrze to wygląda) trzeba znaleźć dla siebie miejsce i zrobić jak kobieta, ta z okładki.
Szczerze … nie mam takiej mocy, nie wiem kto ma, ale  zazdroszczę jak cholera każdej kobiecie, która potrafi być BOGINIĄ i korzystać z mocy nieustannie.
A hitem w tym wszystkim jest to, że i tak mam jej więcej niż większość kobiet, które znam.
Te, które przychodzą do mnie zgarbione, bez makijażu, bez poczucia, że są naprawdę wspaniałe.
Dobra – pal sześć plecy – umiem to naprawić, pal sześć makijaż – zawsze się można umalować.  Co zrobić, żeby ona uznała, że jest tego wszystkiego warta?
Nie dlatego, że makijaż uczyni ją taką piękną, ale dlatego, że zamiast ganiać od rana za dziećmi, bo tak trzeba, bo tego wszyscy oczekują, uzna – czas na kawę i make up – mój czas, bo jestem wyjątkowa.
Przyznaję, że moim naczelnym celem w pracy jest obudzić ten zachwyt sobą. Obudzić potrafię, częściej nawet w innych niż w sobie – do czego się za cholerę nie przyznam, bo wykreowałam się na czarodziejkę dla kobiet, a te żyją w wiecznym zachwycie, muszę i ja.
Podtrzymać ten żar może zupełnie ktoś inny. I tu oddaję pałeczkę. Mężczyźni. Jesteście nam potrzebni – nie wierzcie, gdy mówimy, że to nieprawda.
Możemy sobie pisać o tym,  że robimy to dla siebie, że nie zależy, że mamy w nosie.
Jaaaaasneee.
Mamy.
Do pierwszego zachwytu w męskim spojrzeniu, względnie do drugiego, bo czasem zgrywamy twardzielki.
Zrób tak jak kobieta…

Zrób coś innego

Chodzisz do pracy od poniedziałku do piątku, dni płyną. Czekasz na sobotę, ale w sobotę też czasem pracujesz i tak naprawdę wolna zostaje tylko niedziela. Ta niedziela, której nienawidziłam jako licealistka, bo w poniedziałek była historia – z najbardziej wymagającym nauczycielem ever.  Dygresja.
Zdradzę, że podobał mi się, nie była to może miłostka, ale robiłam wszystko, żeby na historii być ubraną lepiej niż zwykle i koniecznie błyszczeć wiedzą. A żeby błyszczeć, trzeba się uczyć. Więc nienawidziłam niedzieli, bo historię chciałam opanować do perfekcji – dla błyszczenia.
Nic mi to nie dało poza idealnie zdaną maturą i satysfakcją. Dobra cofam – jak jest satysfakcja, to w cholerę więcej niż na ogół się ludziom trafia.
Wracam do niedzieli x lat po maturze. Spokojna, leniwa… taka była parę tygodni temu, ale wszystko się zmieniło – zrobiłam coś innego. Porzuciłam lenistwo i spokój, nacieram się niepokojem i mrowieniem w klatce piersiowej, rozpalam ogień, czekam aż przygaśnie i na nowo podsycam – niech płonie. Choćbym się miała spalić.
A to wszystko przez niedzielę. I przez poradę: zrób dziś coś innego.

Na skraju pośladka

Kwitną blogi, strony, instagramy,  mnożą się obrazki i teksty. Jest w czym wybierać. Fala tekstów i obrazków zalewa i czasem można się zakrztusić nadmiarem, ale wprawny człowieczek poradzi sobie w tej dżungli i wyłuska coś miłego. Wyłuskuję chętnie i z dnia na dzień odważniej, jednocześnie świadoma, że coraz więcej jest do przekopania, jeśli chcę trafić na skarb.
Ach… sama pocę się w szale twórczym i publikuję.  Przy dość wąskim gronie fanów, wiernych za to i serdecznych, więc nie czuję się pokrzywdzona. Sława i pieniądze przechodzą koło nosa wprost do portfeli rozchwytywanych i poczytnych. I cieszy mnie to, bo oni odnoszą sukces, a ja mam możliwość poczytać dobre teksty.
Czytam i szukam. Albo raczej w odwrotnej kolejności .  Poszukuję tekstów szczerych, lekko – ciężkich, prostych i trudnych jednocześnie. Przeintelektualizowane wywody mnie nużą. Nadmiar przymiotników w zdaniu zaburza mi percepcję jak opis przyrody w „Nad Niemnem”. Nic z tym nie zrobię. Nie kupuję –  nie zachwyca. Lubię mięsiste teksty (podoba mi się słowo mięsiste, ukradłam z kursu tańca, o tańcu kiedy indziej będzie).
Tymczasem obok mięsa często pojawia się sos – taki gęsty, ciężki od oceny i pogardy dla cieniasów i tępych dzid. Czytając takie teksty mam przed oczami gromowładne spojrzenie i usta wykrzywione w grymasie. Carpe diem świecie, o tym są teksty mędrców internetowych. A może się mylę, ale obrazek jest natrętny. Mam wrażenie, że sprawiedliwi tego świata lub przynajmniej tego kraju, są tak doskonali w swej mądrości, że maluczki ludzik jak ja, może pomarzyć o takiej uczcie. Coś czuję, że wylądowałabym w worku z tępymi dzidami.
A Ci wspaniali piszą z oburzeniem – może nawet świętym, ja się nie znam – o cyckach i dupach, o uprzedmiotowieniu, o upadku moralności, o miłości instant i seksie za winklem. Wiedzą wszystko i potrafią bezbłędnie powiedzieć co dobre, a co złe.
Oni Cię ocenią dziewczyno z dekoltem do pasa, w majtkach CK. Wykpią napiętą klatę i BMW, przy którym zrobiłeś chłopaku zdjęcie. Oni wiedzą, że jesteś pustakiem, który czeka na oklaski. Bo wszystko zrobisz dla lajków. WSZYSTKO. Oni wiedzą, bo tacy są mądrzy. Znają się.  A goła dupa to niepodważalny dowód moralności porzuconej w przydrożnym rowie, gnijącej tak samo jak Ci, którzy golizną epatują.
I teraz pytanie.  Czy ja też ściągam na siebie pożądliwe względnie pogardliwe spojrzenia? Zdjęć publikuję przecież sporo. Czy nie jest tak, że moje oburzenie to nic innego, jak wg starego powiedzenia: Uderz w stół …
Otóż nie… uuu rozczarowanie??
No trudno.
Nie obnażam się nadmiernie, choć jakoś specjalnie spowita w szaty nie chadzam. Ale gdybym zechciała nagle zabłysnąć pośladkiem lub o zgrozo piersią, to mam w głowie tylko jedno: Nic Wam – ostoje moralności – do tego.
Przez lata, naprawdę długie lata, funkcjonowania w przestrzeni internetowej nauczyłam się jednego – ludzie pokazują co chcą pokazać. I nic więcej. Nie poznasz nikogo gapiąc się w jego dekolt, ani analizując tekst piosenki, którą opublikował.
Zatem daj spokój człowieku z analizowaniem, daj spokój z przyczepianiem łatki, daj spokój z wyznaczaniem granic tym, którzy tych granic znać nie chcą lub mają inne reguły gry, po prostu daj spokój.
A jakbyś się kiedyś postanowił przekonać co się kryje za tym oburzającym obrazkiem to najpierw usiądź, na dupie.  Jeśli chcesz to gołej. Masz odwagę rozmawiać, umiesz słuchać? Może warto. Może się  przecież okazać, że miało być płytko, a utonąłeś się w kałuży.

Sos na bluzce i wino w głowie

Właściwie już skończyłam pracę, ale siedzę w gabinecie, bo mi tu dobrze.
Jest cicho i spokojnie. Przede mną sałatka z tuńczykiem, na mnie – upaprana sosem z sałatki bluzka.
Zatem w poniedziałkowe popołudnie przemaszeruję uwalona przez moje zapyziałe miasto prosto do drugiej pracy. A tam czeka świeża garderoba. Kto by się przejmował jedną plamą i jedną bluzką, na dodatek za dużą.
A plama była potrzebna, żeby jakoś notkę zacząć.
Zrobiło się swojsko? Mam nadzieję, bo teraz sobie popitolę, jak to ja.
Od dobrych kilku tygodni mam masakrę emocjonalną. W głowie młynek do kawy mieli emocje, czasem pachną kawą, a czasem gównem. Niestety.
Nie, to nie jest nastoletnie plumkanie o sensie życia. Mam totalną wichurę, która się może przydarzyć tylko kobiecie lekkim krokiem wstępującej w zacne progi czterdziestki.
Chcę czerpać z życia garściami, bo do cholery wciąż się da – przyznam, przednie odkrycie.
Kiedyś myślałam, że w tym wieku to już czas umierać. A tu niespodzianka – wygrałaś jeszcze trochę życia, bierz!!!
Ale…
Czym byłoby moje życie bez dorodnego ALE.
Moje ALE to wyuczone mechanizmy zaszczutej dziewczyny, która kiedyś bardzo chciała być… dziś nie pamiętam czego chciała, natomiast pamiętam jaka była. Nieszczęśliwa. Było minęło.
No i cudnie. Młodej dziewczyny nie ma, nawyki są. Niech to szlag.
Ile wysiłku mnie kosztuje rozprawianie się z nimi po kolei. Sama nie mam pojęcia. Idę jak kombajn. Kto widział jak pracuje kombajn? No właśnie – strach stanąć na drodze.
Skąd czerpię energię?
Z miłości.
Z pożądania.
Z desperacji.
Deespeeeraaacjaaa. No też. Nie ma się co wstydzić. Taki akt kobiety chwytającej się kurczowo ulatującej młodości.
Gdzie mnie to wszystko zaprowadzi? Cholera wie. Na razie usiądę na chwilę i odpocznę, bo dziś drżą mi ręce i kręci się w głowie.
A zanim rozpłynę się w niebycie…Z pięknych anegdotek, jedna niech zastygnie tutaj.
W sobotnią noc w Krakowie, sącząc Chianti, zobaczyłam dziewczynę. Ładna, ale bez szału. No dobra, bardzo ładna, ale dalej bez szału. Usiadła niedaleko, więc jako hobbystyczny i zawodowy obserwator podjęłam wyzwanie. Im dłużej na nią patrzyłam, tym piękniejsza była. Ociekała erotyzmem, była swobodna i dziewczęca, a jednocześnie niesamowicie kobieca i zmysłowa. Magia. Wino w kieliszku się skończyło i moi towarzysze postanowili zmienić miejsce. Wstałam bez przekonania i już miałam odejść, ale Diabeł – mój przyjaciel wierny – nie popuścił.
Zawróciłam.
Podeszłam do Piękności i wyśpiewałam najpiękniejszy komplement na jaki było mnie stać. Uśmiechnęła się i nie omieszkała obdarzyć mnie słowami uznania. Życzyłam jej wspaniałego wieczoru i odeszłam. Moje towarzystwo zbierało szczękę z chodnika, a ja delektowałam się chwilą. Piękne kobiety są warte odważnych kroków.

Mój Lenin

Już prawie dwa tygodnie od powrotu.

Gdzie byłaś kobieto?? Oszalałaś?? Po co tam jechać??

Uśmiecham się i myślę o Białorusi.

Tej pięknej, rozległej, niezmierzonej, wypełnionej powietrzem bardziej niż inne przestrzenie.
Z jednej strony przytłoczyły mnie monumenty, przy których stojąc czułam się jak robak – w sam raz do rozdeptania, a z drugiej czułam wzruszenie, że oni z wyboru lub przymusu – pamiętają.
Pamiętają piękniej.
My udajemy, że nie ma co pamiętać. No chyba, że żołnierzy wyklętych. Tych – koniecznie.
Obecna fascynacja PRL-em jest dla mnie jak zachwyt modnym klubem muzycznym (spróbuj się dostać do Teatro Cubano, to wiesz o czym piszę). Jest moda. Dobrze-źle? Ja mam wiedzieć?

Dzieckiem będąc pamiętałam, że pomarańcze były czasem na święta, a za papier toaletowy babcia załatwiała schabowe na obiad. Ma to swój urok – teraz.
Gdzie jedyne co zostało to przyzwyczajenia – do załatwiania na przykład.

Na Białorusi – a mogę się powołać wyłącznie na własne odczucia – czułam uścisk odchodzącej, ale wciąż żywej epoki i łechtanie kapitalizmu. Wiesz jak to jest wleźć w pokrzywy? No właśnie…

Chciałabym napisać coś w stylu Świtezianki, unieść się w emocjach, żeby mnie samej dech zaparło. Tymczasem … cholera jak ja tam zmarzłam!

Nie będzie Świtezianki (zresztą Mickiewicz ze mnie żaden, może i dobrze, bo mnie akurat słabo zachwyca), ponieważ mi dupsko przewiało na każdą stronę. Strzępki niemal zmrożonych myśli pozwalają stworzyć obraz, jak bardzo nieprawdziwy – pojęcia nie mam.
Klatka za klatką, jak w starym filmie, który się zacina: zieleń, czystość, ogrom i przepych, bieda i skromność, nowoczesność i staroświeckość, no i te cudne matrioszki za nienormalne pieniądze.
Czy chciałabym jeszcze raz?
Nie wiem. Tyle miejsc do zobaczenia, a czasu w życiu coraz mniej.
Może kiedyś po matrioszkę pojadę, tę najpiękniejszą.
Kolekcjonuję piękne wspomnienia.

Krok pierwszy – kamień czy droga?

Nie wiem jak to się stało, ale moja całkiem tradycyjna mama wychowała mnie na zupełnie nietradycyjną kobietę. Dość agresywną w nieuzasadnionych bojach z całym światem. Oczywiście agresja ma swoją datę ważności, jak znika strach to i ona się wynosi, bo czego tu szukać…zatem do czasu, do czasu agresywna i do czasu wojująca.
Wspomnienie gniewne. Jako nastolatka złożyłam zdecydowaną deklarację, że zostanę … kim? czym? Starą panną (co za tekst). A dlaczego? Bo faceci to świnie (ani facet, ani świnia nie zasługują na te słowa, ale wytłumacz to nastolatce).
I dalej ciągnąc młodzieńcze fantazje: będę mieć pieniądze, dom, koty i psa, który będzie biegał po wielkim ogrodzie. To będzie dog – taki płowy jak w Mistrzu i Małgorzacie.
Z planami nastolatków jest tak, że wybrzemiewają jak wszystkie inne deklaracje, razem z ostatnim nastoletnim buntem. Gdzieś to się ćmi w środku, czasem wybuchnie chwilowym ogniem, a potem … zostają wspomnienia. Czasem w ogniu młodzieńczych uniesień rodzi się coś na długo, ale nie miałam tego szczęścia, bądź nieszczęścia.

Panta rhei.

I nie, nie było rewolucji, nie było rażenia gromem i zmiany między wschodem, a zachodem słońca.
Były kamienie milowe.
O tak!! Takie co spadają prosto na głowę, a dopiero potem widzisz, że wyznaczają szlak.
Nie sposób zignorować.
Pierwszy, gdy miałam 20 lat i może lekkie drżenie parę lat później. Ten blog już istniał, ale już nie wracam do starych notek,  nie po to szłam przede siebie, żeby ciągle się oglądać przez ramię.
Potem wielkie tąpnięcie – 28 lat. Cały świat, pozornie uporządkowany, szlag trafił. Jakbym mogła wracać do tego momentu i stworzyć obraz to byłby wybuch, wielka eksplozja w szklanej kuli. Rozsadzonej od środka. Miliony szkieł, odłamków, boleśnie wbijających się w skórę. Nie tylko moją. Ale… O jak dobrze! Jakby ktoś wypuścił uwięzione zwierzę, głodne wolności i zachłanne na życie.
A potem już było 30stce.
Kto by pomyślał, że tak zleci młodość!
Kto by pomyślał, że poza nią też jest życie!
Kto by pomyślał, że można się nim zachwycić, zakochać się w nim i przylgnąć do tej miłości!

Nauka  bolesna, ileż błędów popełnionych. Kiedyś o tym napiszę. Ale jeszcze nie czas, jeszcze trzeba ugładzić pewne sprawy, nadać im kształt i zachować na pamiątkę. Na razie zbyt szarpię materiałem. Potargam.
A teraz… czy to kamień milowy, czy nowa droga? Nie wiem. Trwa.
Czasem jeszcze przebiegnie moją trasę coś starego, coś nieugładzonego. Czasem jestem zła, a czasem śnię o pająkach, innym razem obezwładnia mnie zachwyt całym światem.
Nie jest prosto, nie jest bezboleśnie – nie mam butów. Stąpam powoli i czasem spojrzę na stopy, które zbrudził czerwony piach.
I chcę iść dalej.
Odkryć.
Zasmakować.
Być.

 

Bez pajęczyny

To dopiero sen. Z tych chcianych, niechcianych. Magiczny, fascynujący, ale i przerażający.
Zdaję sobie sprawę, że obraz senny to wypadkowa obejrzanych filmów, ale jaka wypadkowa. Jestem pod wrażeniem własnej wyobraźni.
Z reguły nie zapisuję snów i nawet nie próbuję ich pamiętać, bo są przykre, ale ten w całej swojej straszności – taki fascynujący.

Wielki czarny pająk rozgościł się z mieszkaniu, gigantyczny, szybki, niesamowicie szybki, nieprawdopodobnie szybki i równie piękny w swojej strasznej pajęczej urodzie.

I cały czas mam wrażenie, że pająk nie był pająkiem.

Odkrywam siebie

Wdrukowane przekonania przestają działać. Popsuły się, zużyły jak stara kalka. Kto pamięta te atramentowe kalki biurowe do pisania dokumentów? Miałam takich pełno od dziadka. Dziadek był alkoholikiem, prał żonę i wyzywał wszystkich jak się schlał, ale był kapitalnym dziadkiem. I wcale nie tylko dlatego, że miałam plik nowiutkich kalk regularnie dostarczanych przez niego.
Dziadek i inne znaczące osoby wdrukowały informacje. Powstał piękny podręcznik o tym, jak spełniać wymagania wszystkich, ale swoich nigdy.
No i zupełnie niedawno, bo w wigilię Bożego Narodzenia minionego roku podręcznik spłonął.
Jak to po pożarze bywa, jeszcze długo potem czuć było swąd spalenizny, pod nogami pałętały się resztki spopielonych kartek, a w głowie wciąż tkwił obraz ognia.
I jak to po pożarze bywa, na zgliszczach zaczyna się nowe życie. Całkiem nowe.
I to zupełny przypadek, tak we wtorek o 5 rano, z rozczochraną czupryną, zerkając do lustra zobaczyłam siebie. W końcu.
Ani dobra, ani zła, ani brzydka, ani ładna, ani mądra, ani głupia. Po prostu – ja :D
Cześć :)

A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój

Był wkurw, nie ma wkurwa. Ale co było pomiędzy?
Po kolei:
- zmęczenie

- zdenerwowanie

- łzy

- poczucie niskiej wartości

- podważanie własnych kompetencji

- smutek

- ulga

- radość

- zmęczenie.
Tyle. Bez szczegółów, bo kto to przeczyta?!
A skąd spokój? Ano ze środka. Jak czujesz w sobie ciepło, to chcesz się nim dzielić. Słońce, cisza, spokój…
Trudno w to ludziom uwierzyć, bo mam dość agresywny sposób bycia, ale jestem ciepłą osobą. Jestem otuliną, która czasem pozwala komuś poczuć jak to jest być otulonym.
Nie dalej jak wczoraj trafiłam na piękną istotę. Istota poraniona, pokaleczona, próbująca ukryć rany, ale też i nimi epatująca. Istota z rozpaczliwą wręcz chęcią do życia i ze łzami w oczach, które napływają wciąż, bo trwa nieustająca żałoba po zamordowanym dzieciństwie.
Dawno nie spotkałam takiego cudu. Cud piękny, cud bolesny.
Z cudem już jest tak, że budzi w człowieku człowieka. Moje cuda mają taką moc. Staję się dobrosiewcą.
Nie umiem napisać jak bardzo dziś chcę nim być.

Złość Samosi

Bez wstępu. Jestem zła to mi wolno pomijać uprzejme zwroty i wprowadzenia. Zresztą wszyscy teraz lubimy jak jest do rzeczy, więc – do rzeczy.
Nic nie przeszło od ostatniego razu, nic a nic. Zmieniło się tylko tyle, że w całym swoim perfekcjonizmie dałam przyzwolenie na odczuwanie złości. Ave JA.
Nie kupię spokoju udawaniem, że nie czuję wściekłości. Nie kupię ciszy wewnętrznej zalewając płonący ogień oliwą. No szlag by trafił, że musiało się teraz przytrafić!

Ale się przytrafiło.

Wiosna idzie, ptaszki ćwierkają, trawa się zieleni, a mnie dopadła złość. I bulgocze w kotle, i wzbiera i czeka aż pozwolę jej się wylać.

A ja idealna, nieomylna i niezłoszcząca się – nie pozwalam. Ja się miałam JUŻ WIĘCEJ nie złościć! No przecież wiem, tak miało być i tak będzie – to myśli wczorajsze, więc już trochę czerstwe.

Dziś rewolucja, bo JEDNAK mogę być zła – o pani łaskawa się zgodziła.
Interesujące, że razem ze zgodą moja złość nieco osłabła. Tam w kotle dalej pyka, ale… jakoś jest inaczej. Mogę zajrzeć na dno? Nie, jeszcze nie. Może jutro.

A miało być tak pięknie. Przecież zakończyłam terapię – polecam, fajna sprawa, ale jak się okazuje koniec terapii to początek pracy nad sobą i nie widać końca. Co złe nie jest, tylko czasami, mimo oczywistości, zaskakuje.

Teraz wypadałoby napisać o co jestem zła, ale jeszcze nie wiem.
Tak, kimkolwiek jesteś i poświęcasz swój czas na czytanie tego, powiem od razu – nie jestem egzaltowaną nastolatką. Właściwie to już od dobrych paru lat starzeję się. A skąd te rozemocjonowane wpisy?
Bo mi się już nie chce udawać, że w dorosłości jest takie wszystko poukładane. Nie jest. Nie w mojej. U mnie panuje entropia. Patrzę na ludzi w moim wieku i myślę nad ich spokojem, codziennym harmonogramem. Tylko dlatego, że jestem ciekawa, czy oni też czasem mają bulgoczący kocioł i czy u nich emocjonalny bajzel ma się równie dobrze.
Zatem kończę moim ulubionym pytaniem: Co jeszcze lepszego może się przydarzyć ?