Mój Lenin

Już prawie dwa tygodnie od powrotu.

Gdzie byłaś kobieto?? Oszalałaś?? Po co tam jechać??

Uśmiecham się i myślę o Białorusi.

Tej pięknej, rozległej, niezmierzonej, wypełnionej powietrzem bardziej niż inne przestrzenie.
Z jednej strony przytłoczyły mnie monumenty, przy których stojąc czułam się jak robak – w sam raz do rozdeptania, a z drugiej czułam wzruszenie, że oni z wyboru lub przymusu – pamiętają.
Pamiętają piękniej.
My udajemy, że nie ma co pamiętać. No chyba, że żołnierzy wyklętych. Tych – koniecznie.
Obecna fascynacja PRL-em jest dla mnie jak zachwyt modnym klubem muzycznym (spróbuj się dostać do Teatro Cubano, to wiesz o czym piszę). Jest moda. Dobrze-źle? Ja mam wiedzieć?

Dzieckiem będąc pamiętałam, że pomarańcze były czasem na święta, a za papier toaletowy babcia załatwiała schabowe na obiad. Ma to swój urok – teraz.
Gdzie jedyne co zostało to przyzwyczajenia – do załatwiania na przykład.

Na Białorusi – a mogę się powołać wyłącznie na własne odczucia – czułam uścisk odchodzącej, ale wciąż żywej epoki i łechtanie kapitalizmu. Wiesz jak to jest wleźć w pokrzywy? No właśnie…

Chciałabym napisać coś w stylu Świtezianki, unieść się w emocjach, żeby mnie samej dech zaparło. Tymczasem … cholera jak ja tam zmarzłam!

Nie będzie Świtezianki (zresztą Mickiewicz ze mnie żaden, może i dobrze, bo mnie akurat słabo zachwyca), ponieważ mi dupsko przewiało na każdą stronę. Strzępki niemal zmrożonych myśli pozwalają stworzyć obraz, jak bardzo nieprawdziwy – pojęcia nie mam.
Klatka za klatką, jak w starym filmie, który się zacina: zieleń, czystość, ogrom i przepych, bieda i skromność, nowoczesność i staroświeckość, no i te cudne matrioszki za nienormalne pieniądze.
Czy chciałabym jeszcze raz?
Nie wiem. Tyle miejsc do zobaczenia, a czasu w życiu coraz mniej.
Może kiedyś po matrioszkę pojadę, tę najpiękniejszą.
Kolekcjonuję piękne wspomnienia.

Krok pierwszy – kamień czy droga?

Nie wiem jak to się stało, ale moja całkiem tradycyjna mama wychowała mnie na zupełnie nietradycyjną kobietę. Dość agresywną w nieuzasadnionych bojach z całym światem. Oczywiście agresja ma swoją datę ważności, jak znika strach to i ona się wynosi, bo czego tu szukać…zatem do czasu, do czasu agresywna i do czasu wojująca.
Wspomnienie gniewne. Jako nastolatka złożyłam zdecydowaną deklarację, że zostanę … kim? czym? Starą panną (co za tekst). A dlaczego? Bo faceci to świnie (ani facet, ani świnia nie zasługują na te słowa, ale wytłumacz to nastolatce).
I dalej ciągnąc młodzieńcze fantazje: będę mieć pieniądze, dom, koty i psa, który będzie biegał po wielkim ogrodzie. To będzie dog – taki płowy jak w Mistrzu i Małgorzacie.
Z planami nastolatków jest tak, że wybrzemiewają jak wszystkie inne deklaracje, razem z ostatnim nastoletnim buntem. Gdzieś to się ćmi w środku, czasem wybuchnie chwilowym ogniem, a potem … zostają wspomnienia. Czasem w ogniu młodzieńczych uniesień rodzi się coś na długo, ale nie miałam tego szczęścia, bądź nieszczęścia.

Panta rhei.

I nie, nie było rewolucji, nie było rażenia gromem i zmiany między wschodem, a zachodem słońca.
Były kamienie milowe.
O tak!! Takie co spadają prosto na głowę, a dopiero potem widzisz, że wyznaczają szlak.
Nie sposób zignorować.
Pierwszy, gdy miałam 20 lat i może lekkie drżenie parę lat później. Ten blog już istniał, ale już nie wracam do starych notek,  nie po to szłam przede siebie, żeby ciągle się oglądać przez ramię.
Potem wielkie tąpnięcie – 28 lat. Cały świat, pozornie uporządkowany, szlag trafił. Jakbym mogła wracać do tego momentu i stworzyć obraz to byłby wybuch, wielka eksplozja w szklanej kuli. Rozsadzonej od środka. Miliony szkieł, odłamków, boleśnie wbijających się w skórę. Nie tylko moją. Ale… O jak dobrze! Jakby ktoś wypuścił uwięzione zwierzę, głodne wolności i zachłanne na życie.
A potem już było 30stce.
Kto by pomyślał, że tak zleci młodość!
Kto by pomyślał, że poza nią też jest życie!
Kto by pomyślał, że można się nim zachwycić, zakochać się w nim i przylgnąć do tej miłości!

Nauka  bolesna, ileż błędów popełnionych. Kiedyś o tym napiszę. Ale jeszcze nie czas, jeszcze trzeba ugładzić pewne sprawy, nadać im kształt i zachować na pamiątkę. Na razie zbyt szarpię materiałem. Potargam.
A teraz… czy to kamień milowy, czy nowa droga? Nie wiem. Trwa.
Czasem jeszcze przebiegnie moją trasę coś starego, coś nieugładzonego. Czasem jestem zła, a czasem śnię o pająkach, innym razem obezwładnia mnie zachwyt całym światem.
Nie jest prosto, nie jest bezboleśnie – nie mam butów. Stąpam powoli i czasem spojrzę na stopy, które zbrudził czerwony piach.
I chcę iść dalej.
Odkryć.
Zasmakować.
Być.

 

Bez pajęczyny

To dopiero sen. Z tych chcianych, niechcianych. Magiczny, fascynujący, ale i przerażający.
Zdaję sobie sprawę, że obraz senny to wypadkowa obejrzanych filmów, ale jaka wypadkowa. Jestem pod wrażeniem własnej wyobraźni.
Z reguły nie zapisuję snów i nawet nie próbuję ich pamiętać, bo są przykre, ale ten w całej swojej straszności – taki fascynujący.

Wielki czarny pająk rozgościł się z mieszkaniu, gigantyczny, szybki, niesamowicie szybki, nieprawdopodobnie szybki i równie piękny w swojej strasznej pajęczej urodzie.

I cały czas mam wrażenie, że pająk nie był pająkiem.

Odkrywam siebie

Wdrukowane przekonania przestają działać. Popsuły się, zużyły jak stara kalka. Kto pamięta te atramentowe kalki biurowe do pisania dokumentów? Miałam takich pełno od dziadka. Dziadek był alkoholikiem, prał żonę i wyzywał wszystkich jak się schlał, ale był kapitalnym dziadkiem. I wcale nie tylko dlatego, że miałam plik nowiutkich kalk regularnie dostarczanych przez niego.
Dziadek i inne znaczące osoby wdrukowały informacje. Powstał piękny podręcznik o tym, jak spełniać wymagania wszystkich, ale swoich nigdy.
No i zupełnie niedawno, bo w wigilię Bożego Narodzenia minionego roku podręcznik spłonął.
Jak to po pożarze bywa, jeszcze długo potem czuć było swąd spalenizny, pod nogami pałętały się resztki spopielonych kartek, a w głowie wciąż tkwił obraz ognia.
I jak to po pożarze bywa, na zgliszczach zaczyna się nowe życie. Całkiem nowe.
I to zupełny przypadek, tak we wtorek o 5 rano, z rozczochraną czupryną, zerkając do lustra zobaczyłam siebie. W końcu.
Ani dobra, ani zła, ani brzydka, ani ładna, ani mądra, ani głupia. Po prostu – ja :D
Cześć :)

A po nocy przychodzi dzień, a po burzy spokój

Był wkurw, nie ma wkurwa. Ale co było pomiędzy?
Po kolei:
- zmęczenie

- zdenerwowanie

- łzy

- poczucie niskiej wartości

- podważanie własnych kompetencji

- smutek

- ulga

- radość

- zmęczenie.
Tyle. Bez szczegółów, bo kto to przeczyta?!
A skąd spokój? Ano ze środka. Jak czujesz w sobie ciepło, to chcesz się nim dzielić. Słońce, cisza, spokój…
Trudno w to ludziom uwierzyć, bo mam dość agresywny sposób bycia, ale jestem ciepłą osobą. Jestem otuliną, która czasem pozwala komuś poczuć jak to jest być otulonym.
Nie dalej jak wczoraj trafiłam na piękną istotę. Istota poraniona, pokaleczona, próbująca ukryć rany, ale też i nimi epatująca. Istota z rozpaczliwą wręcz chęcią do życia i ze łzami w oczach, które napływają wciąż, bo trwa nieustająca żałoba po zamordowanym dzieciństwie.
Dawno nie spotkałam takiego cudu. Cud piękny, cud bolesny.
Z cudem już jest tak, że budzi w człowieku człowieka. Moje cuda mają taką moc. Staję się dobrosiewcą.
Nie umiem napisać jak bardzo dziś chcę nim być.

Złość Samosi

Bez wstępu. Jestem zła to mi wolno pomijać uprzejme zwroty i wprowadzenia. Zresztą wszyscy teraz lubimy jak jest do rzeczy, więc – do rzeczy.
Nic nie przeszło od ostatniego razu, nic a nic. Zmieniło się tylko tyle, że w całym swoim perfekcjonizmie dałam przyzwolenie na odczuwanie złości. Ave JA.
Nie kupię spokoju udawaniem, że nie czuję wściekłości. Nie kupię ciszy wewnętrznej zalewając płonący ogień oliwą. No szlag by trafił, że musiało się teraz przytrafić!

Ale się przytrafiło.

Wiosna idzie, ptaszki ćwierkają, trawa się zieleni, a mnie dopadła złość. I bulgocze w kotle, i wzbiera i czeka aż pozwolę jej się wylać.

A ja idealna, nieomylna i niezłoszcząca się – nie pozwalam. Ja się miałam JUŻ WIĘCEJ nie złościć! No przecież wiem, tak miało być i tak będzie – to myśli wczorajsze, więc już trochę czerstwe.

Dziś rewolucja, bo JEDNAK mogę być zła – o pani łaskawa się zgodziła.
Interesujące, że razem ze zgodą moja złość nieco osłabła. Tam w kotle dalej pyka, ale… jakoś jest inaczej. Mogę zajrzeć na dno? Nie, jeszcze nie. Może jutro.

A miało być tak pięknie. Przecież zakończyłam terapię – polecam, fajna sprawa, ale jak się okazuje koniec terapii to początek pracy nad sobą i nie widać końca. Co złe nie jest, tylko czasami, mimo oczywistości, zaskakuje.

Teraz wypadałoby napisać o co jestem zła, ale jeszcze nie wiem.
Tak, kimkolwiek jesteś i poświęcasz swój czas na czytanie tego, powiem od razu – nie jestem egzaltowaną nastolatką. Właściwie to już od dobrych paru lat starzeję się. A skąd te rozemocjonowane wpisy?
Bo mi się już nie chce udawać, że w dorosłości jest takie wszystko poukładane. Nie jest. Nie w mojej. U mnie panuje entropia. Patrzę na ludzi w moim wieku i myślę nad ich spokojem, codziennym harmonogramem. Tylko dlatego, że jestem ciekawa, czy oni też czasem mają bulgoczący kocioł i czy u nich emocjonalny bajzel ma się równie dobrze.
Zatem kończę moim ulubionym pytaniem: Co jeszcze lepszego może się przydarzyć ?

Wzięło babę na pisanie

Nie będę błyszczeć, do tego trzeba mieć talent i może gwiezdny pył. Nie zwróciliście uwagi, że rzeczywistość w Internecie błyszczy. Sparkling life – piękne twarze, piękne wpisy, cudowne zdjęcia, idealne blogi. Nawet Ci, którzy opisują nieidealny świat są tacy akurat i tak głęboko trafiają, że opisując to co i tak widać, mają pełny zestaw fanów. I chwała im za to, bo może jednak nie dla wszystkich to takie znowuż oczywiste. Obok gwiezdnego pyłu mają bogaty zasób słownictwa – co akurat jest mile widziane – a w rękawie ciętą ripostę i poczucie humoru, którego można pozazdrościć, a już na pewno można się dzięki temu pośmiać. No i pięknie się czyta to wszystko. A jak nie ma co czytać, to jest co oglądać. Jakaś potrzeba zawsze się spełni. I tak w tej niesamowitej, wypełnionej wszystkim o czym można zamarzyć przestrzeni pojawiam się.
Wreszcie – ja. Powinnam zacząć od siebie, bo jestem zdeklarowaną egoistką, ale nie. Zostawiłam najlepsze na koniec.
Ja i moje kiepskie pisanie też mamy tu swój kącik. Ba, nie jeden!  Bo kto bogatemu zabroni? Pozwoliłam sobie na bogactwo, raz w życiu można spróbować. Tutaj rzecz jasna, miliony z sieci jeszcze na realne konto nie dotarły :D
No to siedzę … w pracy. W pracy zawsze się dobrze pisze. Nie wiem jak to działa, ale jak mi nie wolno – to ja chcę.
A czemu dziś akurat, po tygodniach, miesiącach milczenia? Pierwszy Dzień Wiosny, a ja się biorę za gryzmoły. Na wagary powinnam iść, dziś, a najdalej jutro. A ja siedzę w pracy. I Piszę o…
No i tu jest pies pogrzebany. Piszę, bo jestem zła. Jeszcze nie wiem za co, wiem na kogo, nie wiem dlaczego. Ot baba, wściekła się i ma. Teraz się naciera tym wkurwem.
No i wściekła baba chce pisać.
O tej złości? Chyba nie.
To o czym do cholery, bo się wpis rozłazi… ?!
Chcę pisać o tym jak to być babą. babą taką jak ja. Kiedyś nauczono mnie, że jestem boginią …
Mehehehehe serio??? Ja???
Nie jestem. Jestem zwykłą babą i mam daleko w dupie dążenie do niezwykłości, bo zwykłej babie po prostu niezwykłość pisana nie jest.
Za to można być idealnie zwykłym i cieszyć się tym. Dziś się nie cieszę, ale generalnie tragedii nie ma.
Znowu się rozłazi. To jest dobrze, czy nie? Jak jest?
Agresywnie. Naprawdę! Kto mi kiedyś nastąpił na odcisk, ten wie na co mnie stać. Ale co jest najgorsze. Ja żałuję. Zawsze. Żebym jeszcze mogła być suką ot tak, bez wyrzutów, ale nie… ja muszę się poczuć winna z tydzień lub dłużej i nie spać po nocach i myśleć o tym, że mogłam zrobić inaczej.
Halooooo?? W wieku prawie 40 lat?!
A dojrzałość? A spokój wewnętrzny? A doświadczenie i przepracowane emocje? Nie ma ???
Są, od czasu do czasu.
A między nimi pojawiają się bomby emocjonalne, które gniotą mnie w klatce piersiowej i uwalniają się w momencie, gdy myślę, że właśnie się z nimi rozprawiłam. Kto stoi obok dostaje w łeb. Przepraszam. A właściwie nie – było nie stać.
Mamy eksplozję i ofiary.
I nigdy przenigdy nie dopuszczam do siebie myśli, że może i ja bywam ofiarą. Ja jestem zwyczajna, ale jednak superwoman. Zwyczajna superwoman nie może być ofiarą, więc nie jestem. Mam zobowiązania.
I czasem przemknie mi przez głowę, żeby zostawić wszystko.Wizualizacja:
- Nie pracuję po 12 godzin, nie pilnuję diety, nie trenuję więcej, nie sprzątam, nie mam makijażu, z włosami nic nie robię, bo i tak do kitu, siedzę gdzieś, w wygodnym fotelu, lub czymkolwiek co jest wygodne i robię NIC. Zostawiam za sobą wszystkie obowiązki, te realne i te, które sobie wymyśliłam jako konieczność. Nie ma nic. Ja jestem wolna. Ludzie są wolni – ode mnie.
Uwolnić otoczenie od zwyczajnej superwoman. Przecież dadzą sobie radę. A ja przepadnę w samotności, którą przecież tak lubię, ja – zwyczajna baba.
No i jak już prawie jestem gotowa to… zaraz potem pojawia więc myśl – weź nie rób jaj, bo jak zaczniesz się opierniczać to nici z Sycylii…

Dla kobietyo królewskim imieniu

Ja, Małgorzata, piszę list do Ciebie Katarzyno, bo nie pamiętam kiedy ostatnio mi ktoś tak zaimponował jak Ty. Spokojnie, nie będzie to pieśń pochwalna, ani Lament Świętokrzyski. Zwyczajowo będzie o mnie, ale w związku z Tobą.
Przyznaję, bez grama wstydu, że informacja o wydarzeniach w Twoim hostelu, trafiła do mnie dopiero kiedy odezwała się Twoja rodzina. Jako stąpająca po twardej ziemi ateistka uznałam, że dużo może się przytrafić, ale tu sprawa śmierdzi włamem na konto i nadużyciem. Na głos powiedziałam -Nie wierzę, bo mogę nie wierzyć. Takie hobby z brakiem wiary mam związane.

W rzeczywistości chodziło o to, że odkąd pamiętam WIEDZIAŁAM, że zdecydujesz się na niezwykłe życie, co prawda najpierw utożsamiałam je ze światem nauki, ale wiedziałam, że będzie wyjątkowe.
Kiedy zdecydowałaś się wyjechać każda moja komórka informowała mnie o tym, jaki to wspaniały pomysł. Wewnętrzny imperatyw kierował całą moją osobę w Twoją stronę ze wsparciem i niezłomnym przekonaniem, że MUSISZ jechać.
I jak do tego się miał pożar przeklęty, zniszczone dobra i zagrożenie życia??? Nie miał się. Nie mógł się zdarzyć. Nie pasował! O nie! Nie mogłam się tak pomylić, nie ja. Tak, jestem zarozumiała, ale moja intuicja nigdy mnie nie zawiodła (pozwalam sobie czasem na kwantyfikatory duże, a co!).

A tymczasem los parsknął mi w nos śmiechem – tak myślałam – kiedy dotarło do mnie, że to żaden żart, ani nikt nie ukradł Ci konta i nie mam możliwości wypierania faktów – jako racjonalistka nie dyskutuję z nimi.

Teraz już wiem. Intuicja nie zawiodła, acz z braku umiejętności jasnowidzenia nie wiedziałam o wszystkich aspektach niezwykłości tej podróży. Trochę zlekceważyłam starą maksymę, że wszystko ma swoją cenę. Zdaje się Katarzyno, że zapłaciłaś z góry :)

I co teraz? Wracając wczoraj z pracy prawie poczułam ukłucie zazdrości, prawie, bo jednak to nie było to. Więcej dumy, radości, uczucia spełnienia, a rzeczona zazdrość tliła się jak ów ogień w hostelu, tyle, że zgasła zamiast przerodzić się w ogień niszczących emocji. Nie stało się. Zalała mnie radość i uświadomiłam sobie, że NIC SIĘ NIE STAŁO. Dopiero się zaczyna ta podróż.

Leć Katarzyno!
High is the way,
but our eyes are upon the ground.
You are the light and the way.
They’ll only read about.
I only pray heaven knows,
when to lift you out…

Satyra na wegetarianizm

Zainspirowana memem dotyczącym pracy trenera. Zupełnie bez związku zdawać by się mogło, ale niezbadane ścieżki moich myśli. Do głowy przyszło kilkaset pomysłów (większość zapomniałam, bo z racji wegetarianizmu mam już całkiem przyzwoicie rozwiniętą demencję ;) ). Wybrałam jeden. Nie znaczy najlepszy, bo ani w pisaniu, ani w poukładanych myślach dobra nie jestem.

funny-picture-vegetarian-because-i-hate-vegetables

Wegetarianką zostałam na początku lata 2013 roku. Od tamtej pory wiele się w mojej głowie zmieniło, nabrałam dystansu, opadły ze mnie ideologiczne emocje i wierzę, że zdrowym rozsądkiem więcej można zdziałać.

Jak mnie widzi rodzina?
Mamy lekko histeryczny niepokój połączony z troską o zdrowie, bo oni (czytaj: my wegetarianie) przecież nic nie jedzą. Niektóre egzemplarze krewniaków walcząc z nową rzeczywistością – w postaci dwójki dziwaków – są nieco agresywni i ciągle próbują wymusić na mnie, żebym na te swoje pseudopotrawy nie zużywała nazw zarezerwowanych dla mięsa. No to co mam mówić zamiast słowa gulasz? Soczulasz? Tak, wiem. Mój problem. Mogłam żreć mięcho, a nie kraść teraz nazwy dań. Przepraszam. Ave krowa (najlepiej na łące, będzie paleo)!

Jak mnie widzą niektórzy specjaliści żywienia?

Wegetarianizm to bull shit. Mało białka, dużo węglowodanów, a co gorsza nie jecie smalcu – Wy wegetarianie macie wszyscy popsute zęby! Po głowie mi krąży niezmiennie: niska przyswajalność, kiepski  aminogram, kwas fitynowy i wiele innych antyodżywczych atrakcji. Nic dobrego z tego nie wynika. NIC!

Podsumowując: umrę niebawem, albo jeszcze lepiej, całkiem bawem, a do tego w strasznych męczarniach. Wtedy będzie można mi powiedzieć – A nie mówiliśmy?!

Ewentualnie rozgrywa się dyskusja o najnowszych badaniach w Austrii na temat zachorowań na raka wśród wegetarian. Wiadomo, że jak źle jedzą to chorują. Nie inaczej.

Żeby być uczciwą muszę przyznać, że zza rogu wygląda nieśmiało czasem czyjaś głowa, która mówi: Żółtko Cię ocali. Żółtko!

A skoro do jaj doszliśmy…

Jak mnie widzą weganie?

Jesz jaja? A nie słyszałaś morderczyni o ustawie antyaborcyjnej, ochronie życia od poczęcia?! A nie wiesz, którędy kurze jajo wychodzi – TO BOLI. A potem co? Myślisz, że to miłe zabrać komuś świeżo zniesione jajo ? I ZJEŚĆ!?  A mleko?? To mleko, które ma karmić cielaczka, a potem ów cielaczek jest zabijany, żebyście się wszyscy mordercy i zdrajcy i fałszywi miłośnicy zwierząt mogli nacieszyć.
Powinnam w tym miejscu przeprosić, że jestem złą kociarą, bo karmię swoje futra mięsem, a nie nauczyłam ich jak się pasie w ogródku przed domem. Wszak od dawna wiadomo, że koty całkiem dobrze funkcjonują wcinając rozkosznie koniczynę.

Wreszcie … jak mnie widzą znajomi, współpracownicy, współtrenujący?

Nie jesz mięsa??

Yyyy…

Tu jest miejsce na pytanie – To co Ty właściwie jesz? Numer jeden wszystkich pytań w życiu przeciętnego wegetarianina. Ale…zestaw pytań jest o wiele bogatszy i jakże zmienny:

1. W pracy – O znowu jesz? Co tam masz? Dobre to? Ale tu jest mięso! Jak to nie ma?

2. Na siłowni – A białeczko ciupiesz? Ale ryby jesz (jak mi ktoś znajdzie rybę, która rośnie sobie gdzieś na łące, albo na drzewie, to ja poproszę o kontakt – bardzo lubiłam jeść ryby)?

3. Na luźnych spotkaniach – Co Ty właściwie jesz? A czytałaś, że rośliny też czują ból?

4. Na forach – Nie jesz mięsa (tu miejsce na dorodną emotikonę wyrażającą delikatnie mówiąc zdziwienie)? Ale wczoraj dałaś mi przepis na roladę z wołowiny?!

Dałam. Ciupię. Jem. Żyję. I dużo się śmieję ;)

 

Wydłubałam z siebie tęsknotę

Listopadowy koncert Riverside. Czy mogło się przytrafić coś bardziej znaczącego? O tej porze roku nie ma zdarzeń, które nie znaczą. Taka tradycja.
Od 10 lat listopad jest dla mnie wyjątkowy, trudny i piękny jednocześnie. Odpycham i chcę przytulić. Stroszę się i łagodnieję, spojrzenia jak gromy ślę i te ciepłe.
Nie chcę zapomnieć.
Lata temu powiedziałam, że zawsze jedną nogą jestem w przeszłości. Nie cofam słów. Przeszłość jest moją teraźniejszością, przeszłość nauczyła mnie być dzisiaj i przeszłość decyduje o moim jutrze. Wszystko sprowadza się do tu i teraz, ani chwilę temu, ani za chwilę – mam siebie i swoje życie w tym momencie. Mam jednak, bo przeszłość trzyma mnie za but, a ja jej na to pozwalam.
Nie ma mnie tam i nie będę gdzie indziej. Jestem tu, a potem przestanę być. Rozumiesz – przestanę. Jestem i w tym jestestwie przeszłością się przyodziewam, a w przyszłość zaledwie spoglądam. A któregoś dnia rozwieję się jak obłok i nawet nie zdążę pewnie pomyśleć, że TERAZ mogłam żyć inaczej.
Możesz mówić milion razy: Jestem kowalem swego losu. Masz rację. Jesteś. Pamiętaj tylko, że każdy kowal najpierw był uczniem i nie każdy pilnym i zdolnym. Kujesz jak się nauczyłeś, z czasem nabierasz doświadczenia, ale jak nie masz talentu, w najlepszym razie będziesz sprawnym czeladnikiem.
Takie jest życie. Wykute naszymi doświadczeniami. Albo masz żywot czeladnika, albo artysty. Czasem lepszy jest fachowiec niż artystyczna nędza. A czasem widzisz małe plamy wysoko nad głową i nawet nie wiesz, że niektórzy potrafią latać. Ale nie mnie, nie Tobie, nie nam oceniać. O ile jesteś szczęśliwy – bądź największą szmirą i nikomu nic do tego. Jeśli jesteś nieszczęśliwy – tym bardziej powiem: Sio!
Riverside. Zespół, który jest moją klamrą. Spina moją smutną przeszłość z piękną, choć czasem tak trudną … czym? Teraźniejszością?
Na koncercie słyszałam utwory, które przywoływały setki wspomnień, tyleż emocji. Co za natura we mnie tkwi, że przeszłość i dłubanie w niej dają mi niepowtarzalną przyjemność? Nie mam nawet takich słów, żeby wyszło jakieś udane porównanie. Skreśliłam kilka, bo brzmiały idiotycznie. Nie ma słów… szkoda.
Żeby utonąć całkiem we wspomnieniach brakowało mi jednego utworu.

Koncert. Muzyka. Emocje. Myśli. Stan.
I gdzie teraz jestem? Czy podoba mi się tu? Czy mogę powiedzieć, że szczęśliwa? Na wszystkie pytania znam odpowiedź i z żadnej nie jestem zadowolona. A najbardziej martwi mnie, że mogę być – jestem – czeladnikiem, który wcale nie jest zadowolony ze swojej pracy, bo w pamięci ma, bo w sercu ma, bo w każdej komórce ma, że być może był talent i co się z nim stało?
Gdzie jest historia, która miała się wydarzyć i zrobiła się z niej szara papka codzienności? Gdzie to wszystko, co tak pięknie projektowała głowa?
Powiedz mi, że gdzieś jest. Daj mi jeszcze trochę muzyki i powiedz, że jak nuty płyną, tak życie popłynie piękną melodią. Nawet smutną, ale daleką od tej brzydoty, o którą się ocieram ramieniem.